"The day" zawsze następuje, kiedy nikt tego nie oczekuje. Nagle okazuje się, że kilka osób zostaje zwolnionych tak po prostu. Nie spodziewają się tego te osoby, nikt inny też się nie spodziewa. Nagle po prostu wylatują. Mają czas tylko, żeby spakować swoje rzeczy, zdać laptop i telefon. Dzień wcześniej "the day" był w innym dziale, który pracuje z nami na tym samym open space. Szok. Jeszcze większy szok, kiedy następnego dnia "the day" zaczął się u nas. Ode mnie wyleciały dwie osoby. Jak na rozmiar mojego działu dwie osoby to dużo. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego przerażenia w oczach wszystkich. Autentycznego przerażenia, wyrażającego "czy ja będę następny?". nigdy w życiu ja tak się nie balam. Przeżyłam.
Przeżyłam też wizytę rodzicielki, która nie mogła się oprzeć rzuceniu teksu o tym, że już czas na mnie, żebym sobie kogoś znalazła. Jakby w ogóle wiedziała co się w moim życiu osobistym dzieje... Moje relacje z rodzicielką, opierają się głównie na jej wyobrażeniach o tym ile nas łączy. Co nas łączy? Odpowiadam jej na pytania co dziś jadłam. Słucham jej historii o ludziach, których albo nie znam albo ich życie nic mnie nie obchodzi. Słucham relacji z jej życia, które mnie nudzi i też mało obchodzi. Co mówię ja? Nic. Moja rodzicielka nie wie o moim życiu absolutnie nic. Wie gdzie mieszkam i wie, że pracuję. Nigdy nie bylam z nią blisko. Wychowałam się w środowisku, gdzie nie okazywano sobie żadnych uczuć, gdzie nie mówiło się o uczuciach, gdzie przede wszystkim udawano normalność. I nagle rodzicielka kilka lat temu stała się uczuciowa i najwyrazniej liczy, że to odwzajemnie. Przykro mi bardzo droga rodzicielko, ale ja tak łatwo nie zapominam. Pamiętam między innymi to, że czekałam, kiedy będę miała 18 lat i będę mogła się wyprowadzić. Przyro mi bardzo, że nie mam ochoty tam przyjeżdząc na dłużej i czasem wolałabym gdybyś przestała w ogóle dzwonić. Okrutne? Może okrutne, ale ja nie mam ochoty udawać tej farsy, jaką kochającą się rodziną jesteśmy. Dla mnie jest o dwadzieścia kilka lat za późno i nawet jeżeli ty sie zmieniłaś to ja nadal pamiętam.
Nie mam jej odwagi powiedzieć tego w oczy. Nie mam odwagi złamać jej serca. Wierzę, że jej intencje są dobre, ale też wiem, że nie widzi nic złego w tym co było kiedyś, albo nie chce widzieć. Wiem, że na miarę swoich możliwości dała mi materialnie wszystko co mogła. doceniam to. nie dała mi tylko uczucia.... Będę dalej odbierać jej telefony, bo zawdzięczam jej to, że odniosłam jakiś tam sukces w życiu, nawet jeżeli jest to tylko życie zawodowe.
Warszawa nie ma dla mnie żadnej konkurencji pośród innych miast Polski. Jeżeli ktoś mysli, że to tylko tłum ludzi, którzy zawsze gdzieś biegną to nie może być bardziej w błędzie. W ten weekend przeżyłam najlepszą imprezę życia w kameralnym trzyosobowym towarzystwie rozmawiając, mocząc nogi w fontannie (nie w tych najbardziej znanych fontannach, w innej) i wrzucając kamienie do wody. Nie było morza alkoholu. Były drinki udające colę, ale nie one były najwazniejsze. "Impreza" trwała do rana i nie mogła być bardziej udana. :)
Środa i czwartek - moje dni wolne od pracy.... teoretycznie.
Teoretycznie mam urlop. Teoretycznie uzyskałam na to zgodę wszystkich świętych w korporacji już dawno dawno temu. Teoretycznie jadę na koncert na drugi koniec Polski.
praktycznie? jeszcze dziś walczyłam, żeby w ostatniej chwili mi tego urlopu nie odwołano. bo ktoś sobie coś przypomniał, co jest oczywiście bardzo pilne i wymaga wykonania z biura. Udało się... no nie do końca.... bo tą jedną rzecz udalo się przełożyć na piątek... ale już inna wymaga skończenia na już teraz w tej chwili... Czeka mnie więc w moim dniu wolnym od pracy, siedzenie z laptopem w pociągu i pracowanie. Spodziewam się też całej masy telefonów, które muszę odebrać, bo jeżeli nie to świat się zawali...
miałam szkolenie z asertywności. Wniosek pani prowadzącej szkolenie: asertywni możemy być w życiu osobistym, ale specyfika naszej pracy raczej asertywności nie sprzyja, gdyż nasz wpływ na cokolwiek jest znikomy. Jedyna "pracowa" asertywna decyzja jaką możemy podjąć to decyzja, czy chcemy dalej pracować, czy się zwalniamy.
Żeby była jasność. Lubię to co robię, lubię charakter mojej pracy, lubię to, że się uczę i mam szansę się rozwijać w dużo szybszym tempie niż gdzie indziej. Chcę to robić. Irytuje mnie tylko czynnik ludzki ;)
Odkąd znów zaczełam pisać nie napisałam nic pozytywnego. Dzisiejszy wpis nie będzie wyjątkiem.
Mam dość. Mam dość wszystkich spraw, w które zostałam wplątana przez ostatni rok i tego, że konsekwencje będę ponosic przez wiele nastepnych lat. Mam dość tego, że osoby, które wbiły mi nóż w plecy nie poczuwają się nawet do powiedzenia głupiego "przepraszam". "Przepraszam", które i tak nic nie zmieni, w niczym nie pomoże, nie rozwiąże problemów, ale chodzi o głupi gest. Chodzi o przynajmniej udawanie, że ktoś zdaje sobie sprawę ze świństwa, które wyrządził, chodzi o cholerne udawanie, że ktoś żaluje. I strasznie mnie rozsadza od środka, że nawet tego idiotycznego, nic nieznaczącego "przepraszam" nie dostałam. Nie dostalam nawet jeszcze bardziej idiotycznego "sorry". Mam dość tego, że w tym wieku moim jedynym problemem powinny być zawody miłosne, a ja nie pamiętam czy kiedykolwiek nie byłam dorosła. Mam dośc tego, że marzę o tym, zeby moim jedynym problemem był zawód milosny. Mam dość tego, że nie znam wielu osób, które w tym wieku przeżyłyby tyle, co ja. Mam dośc tego, ze boję się dzwoniącego telefonu, bo może to kolejna sprawa, która wyniknęła, a ja już mam serdecznie dość nawet tych spraw, które do tej pory wyniknęły.
Dalej. Mam dośc tego, że cokolwiek bym nie robiła i tak nigdy nie będzie wystarczająco. Że nikogo nie obchodzi, że wywiązuję się z obowiązków, że dokładam wszelkich starań, żeby to co robię było wysokiej jakości, że klienci mnie lubią. Ważne jest tylko to, że ekscytuję sie tym, co robię. Ważne jest to, że jestem zamknięta w sobie. "Nie moge oceniac tego, że ty jesteś introwertyczką, a ja ekstrawertyczką" po czym oficjalnie idzie komunikat, że mam problemy z komunikacją. Tak mam problemy z komunikacją, bo zamiast powiedziec 10 zdań o niczym, wolę powiedzieć jedno zdanie, ktore rzeczywiście ma jakąkolwiek treść.
Tak, mam problemy z komunikacją. Wynika to z faktu, że na pytanie "co u ciebie?" mam do wyboru albo kłamać albo opowiedzieć, o rzeczach, o których nikt nie chce slyszeć. Tak więc kłamię codziennie i będę to robić jeszcze długo. Przepraszam więc wszystkich, że nie daję się do siebie zbliżyć. Paradoksalnie robię to dla was. Pozorna normalność jest kłamstwem. Nie chcecie być częścią tego bagna, w którym ja tkwię.
... tymi słowami można podsumować moje wczorajsze spotkanie z osobą, która kiedyś na jakiś czas zagościła w moim życiu. To było dobre kilka lat temu i już wtedy miałam problemy z relacjami międzyludzkimi. Z biegiem lat nie naprostowało mi się to, raczej jeszcze bardziej skrzywilo. Nie potrafie nawiązywać bliskich relacji z innymi ludzmi. Po prostu nie potrafię. Nie odczuwam żadnych głębszych emocji. Tak samo obojętne jest mi to, że ktoś się urodził, jak to, że ktoś umarł. Jakkolwiek nieprawdopodobnie i dziwacznie to brzmi we mnie bliskość z inną osobą budzi mechanizm obronny. Jakakolwiek forma bliskości. Unikam wszelkich sytuacji kiedy ktoś miałby mnie w ogóle dotknąć. Jeżeli już tak się stanie odczuwam dyskomfort dopóki ten "kontakt" nie minie.
M: kiedy szliśmy ulicą na chwilę Cię objąłem, żeby Cię rower nie potrącił? Zauważyłaś w ogóle ten moment? A wiesz, co zrobiłaś?
Jak najlepiej radzić sobie z trudnymi sytuacjami? Unikać ich definitywnego rozwiązania i udawać, że wcale nie wymagają rozwiązania!
Tym sposobem, jeśli ma się osobę z którą powinno się porozmawiać i wyjaśnić sobie pewne rzeczy, należy tych osób unikać. Nie chodzić do kuchni na kawę w tym samym czasie, unikać kontaktu wzrokowego, żeby przypadkiem nie przyciągnąć tej osoby do swojego biurka, jeżeli trzeba się gdzieś przemieścić i najkrótsza droga wiedzie obok tej osoby, należy wybrać drogę okrężną. A co! Spacery to prawie jak sport, a sport jest dobry dla zdrowia. Tako wam rzecze Unforka :)
Ps. Skoro o sporcie mowa. Naszło mnie na uprawianie sportu. Waham się pomiędzy: fitnessami, aerobicami, siłowniami,basenami i aqua aerobicami. Za wszelkie rady będę wdzięczna.
Od jakiegoś czasu znów nachodzą mnie stany, kiedy czuję, że chciałabym krzyczeć. Nie caly czas, ale są takie momenty. Żadnych konkretnych słów, po prostu krzyk. Czasem czuję, jakby coś we mnie krzyczało w środku, chociaż żaden dźwięk nie wydostaje się na zewnątrz. Chciałabym krzyczeć, a nie mogę. Nie mogę wydobyć z siebie głosu. Tak jakby były dwie mnie. Jedna która krzyczy i druga, która ten krzyk zagłusza. Gdybym jeszcze wiedziała co zrobić, żeby ta rozwrzeszczana się w końcu zamknęła...
Była kiedyś taka piosenka. Mniejsza o to, czy dobra, czy zła. Kwestia gustu. Miała taki oto refren:
Co dzien ta sama zabawa sie zaczyna I przypomina dziecinne twoje sny Chcesz rozbic tafle szkla, a ona sie ugina I tam sa wszyscy, a naprzeciw - ty.